?>
 

Gonga na Przylądku Gniewu

21/06/2018 / Bieganie

Co wspólnego ma rugby ze Szkocją nie trzeba tłumaczyć chyba nikomu. Ale co wspólnego ma rugby z etapowymi, ultramaratonami w górach, to już nie tak oczywista kwestia. Były krakowski rugbista i wieloletni redaktor naczelny RugbyPolska.pl przebiegł w maju 400 km w górach Szkocji od miejscowości Fort William do Cape Wrath (z ang. ?Przylądek Gniewu?). Wierny swoim korzeniom, od startu do mety 8-dniowego Cape Wrath Ultra biegł w koszulkach, spodenkach i getrach do rugby. Dumnym sponsorem technicznym Kajetana Cyganika była Gonga.

Czym jest Cape Wrath Ultra? To 8-dniowy bieg nawigacyjny w górach Szkocji. Trasa prowadzi z Fort William do latarni morskiej na Cape Wrath. Zawodnicy wyposażeni w mapy i kompasy nawigują wzdłuż wyznaczonej trasy, pokonując dziennie średnio 50 km. Na mecie każdego dnia czeka na nich obóz i nocleg w ośmioosobowych namiotach. Organizatorzy przewożą również biegaczom ich bagaż, który zapakowany w wodoodporne worki może ważyć najwyżej 20 kg. W tej objętości należy wliczyć prowiant na każdy dzień biegu. Co prawda uczestnicy tego wyzwania codziennie mają zapewnione śniadanie, posiłek regeneracyjny po biegu oraz obiadokolację (dieta wegetariańska, ale odpowiednio kaloryczna), ale na czas biegu muszą posiadać swoje jedzenie.

Trasa prowadzi przez góry, które choć rzadko wznoszą się wyżej niż 1000 m n.p.m., to jednak zdobywanie ich zaczyna się niemal zawsze z poziomu zero. Nie można więc dziwić się iż całkowite przewyższenie sięga 11 000 m! Co więcej 20 procent trasy wiedzie poza jakimikolwiek ścieżkami, czy ubitymi drogami. Niby niewiele, a jednak 80 km! Jakie było podłoże?

- Teren był bardzo zróżnicowany, ale za każdym razem trudny. Przebijaliśmy się przez twarde, nieprzyjemne zarośla, próbowaliśmy równo stawiać stopy pomiędzy twardymi kępami trawy, skakaliśmy nad licznymi rowami i uskokami, które w terenie wyżłobiła woda, ale przede wszystkim zmagaliśmy się z podmokłym gruntem. Stopy grzęzły często po kostki, czasem w czasie biegu noga wpadała nagle w małe, niewidoczne bagno. Zanurzała się po kolano i człowiek lądował twarzą w trawie. Nie brakowało skał i gołoborzy. Często zbiegi były tak strome, że musieliśmy kluczyć jak kozice. W sumie przekroczyliśmy ponad sto rzek, za każdym razem wchodząc do wody przynajmniej po kostki. Nogi były więc permanentnie mokre – relacjonował Kajetan Cyganik.

Co prawda typowa szkocka pogoda trwała tylko przez pierwsze dwa dni zmagań, a potem biegaczom sprzyjało już słońce, jednak w takich warunkach terenowych niezbędny jest sprawdzony i niezawodny sprzęt. Jak w takich warunkach sprawdziły się getry, koszulki i spodenki Gonga?

- W getrach Gonga biegam od pięciu lat i bardzo je sobie cenię. Oprócz przyzwyczajenia z czasów gry w rugby, wielkim plusem jest dla mnie fakt, że działają jak profesjonalne skarpety kompresyjne. Stymulują krążenie i poprawiają metabolizm mięśni, dzięki czemu regeneracja przebiega znacznie szybciej.  Przy tak długim wysiłku jest to rzecz jasna kluczowe. Co więcej system Dry-Fit, w połączeniu z Sudocremem oraz lekkimi butami trailowymi naprawdę świetnie sprawdził się w warunkach mokrego podłoża. Przez osiem dni nie przydarzyło mi się ani jedno obtarcie i nie miałem praktycznie żadnych odcisków – mówi jedyny biegacz z Polski w stawce Cape Wrath Ultra 2018.

- Koszulki – kontynuuje Cyganik – również zdały egzamin. Są lekkie, przewiewne i szybko schną. Podobnie jak spodenki nie powodują żadnych obtarć. Co więcej spodenki doskonale sprawdziły się ze względu na swój charakter – bardzo krótkie, ale z materiały, który można mocno chwycić i napiąć podczas ostrych podejść, wspierając w ten sposób pracę mięśni.

Co ciekawe strój do rugby stał się znakiem rozpoznawczym Kajetana podczas Cape Wrath Ultra. Dzięki niemu poznał kilku innych, byłych rugbistów biorących udział w zmaganiach. Kiedy mijał na trasie innych zawodników, nie raz słyszał komentarze dotyczące rugby, lub jego „niegdyś białych” getrów reprezentacyjnych. Sprzęt Gonga miał jeszcze jedną, wielką zaletę:

- Dzięki koszulkom reprezentacji mogłem lepiej poczuć, że w Szkocji reprezentuję Polskę. Byłem jedynym biegaczem z naszego kraju. Nie walczyłem o wynik, ale z każdym dniem czułem, że nie brakuje mi sił i mogę biec szybciej. Rozkręcałem się, zaczynając od 44. miejsca i codziennie awansując o kilkanaście lub przynajmniej kilka pozycji. Do mety dotarłem z 13. czasem na 177 zawodników (ukończyło 110 przyp. red), co było poza spektrum moich marzeń. Z tym większą satysfakcją odbierałem medal „finiszera” na oficjalnej gali. Oczywiście w t-shircie reprezentacji Polski w rugby! - zakończył Cyganik. 

 

Czytaj także